Wenecja – jedyne na świecie miasto zbudowane w całości na wodzie, nie bez powodu nazywane jest Wodnym Miastem. Założona przed wiekami na bagnistych wysepkach mała osada, wybrana przez mieszkańców stałego lądu na schronienie przed Hunami i Wizygotami, szybko rozrosła się i zaczęła zajmować coraz więcej wysepek.

Współcześnie sieć komunikacyjną Wenecji, rozłożonej na 118 wysepkach opartych na milionach drewnianych pali, tworzą liczne kanały - około 100 i spinające brzegi mosty - blisko 400.

Główna arteria – Canal Grande ma długość 4 kilometrów, jednak przejażdżkę tramwajem wodnym zwanym vaporetto odkładamy na inną okazję.
Decydujemy się na spacer wąskimi uliczkami nazywanymi tutaj calli. Przemierzanie maleńkich alejek jest ciekawym doświadczeniem, bo nigdy nie wiadomo co czeka na jego końcu – ładny plac, cicha uliczka, wąski kanał czy dziedziniec. Znalezienie wyjścia z tej plątaniny nie jest łatwe, nawet przy użyciu planu miasta. Za nić Ariadny służą nam liczne strzałki i napisy na murach wskazujące kierunek zwiedzania.

Wąskim zaułkiem trafiamy na kolejny plac nazywany tu campo, kiedyś oznaczający otwarte pole. Określenie piazza przynależy jedynie do najważniejszego w Wenecji – Piazza san Marco. Tam właśnie zmierzamy snując się handlowymi salizzadami albo rugami oblepionymi po obu stronach sklepami.

W witrynach piekarnie kuszą specjałami – dolci tipici veneziani. Focaccine veneziane wypieczona na zewnątrz, pulchna w środku, obsypana kruszonką jest taka, jak lubię – podobnie jak przechadzkę wąskimi uliczkami Wenecji.
Drogę co rusz przecinają nam kolejne kanały. Z łukowato wygiętych mostków obserwujemy przepływające gondole i prywatne łodzie zabierające turystów na romantyczną przejażdżkę.
Zaskakuje niewielkimi rozmiarami słynny Most Westchnień – zadaszony i bardzo krótki. Nazwą przewrotnie kojarzony z szeptami zakochanych, nie ma nic wspólnego z miłosnymi uniesieniami. Dawniej łączył pałac z więzieniem. Przeprowadzani tędy przestępcy schodząc do podziemi pałaców smętnie wzdychali spoglądając ostatni raz w niebo. Tak przynajmniej wyobrażali to sobie romantyczni poeci.

Teraz trwają tu prace konserwatorskie, ściany pałacu i wiezienia zasłonięto płytami w kolorze błękitu. Na tle tej kolorystyki most razi bielą istryjskiego kamienia i przemawia romantycznie licznymi barokowymi zdobieniami. To tłumaczy wybór mostu na miejsce częstych spotkań zakochanych par.
W drodze powrotnej wstępujemy do kościoła San Geremia, w którym spoczywa patronka ślepców – święta Łucja. Szczątki świętej przeniesiono ze zburzonego kościoła pod jej wezwaniem i umieszczone w szklanym sarkofagu. W miejscu zburzonej świątyni zbudowano dworzec kolejowy, który przejął nazwę – Santa Lucia.
Z kościoła San Geremia na dworzec już niedaleko, do domu mamy jeszcze spory kawałek drogi. Przed nami do pokonania jakieś 130 km czyli ok. dwóch godzin jazdy pociągiem. Na szczęście podróżowanie trenitalia nie jest uciążliwe. Lokujemy się w ciepłych i czystych wagonach. W szybko mknącym pociągu możemy liczyć na punktualne dotarcie do domu.
Fotografie: archiwum prywatne autorki.







Najnowsze komentarze