„No więc było się gdzieś tam w tych Włoszech… I się wróciło. Bo w końcu kiedyś, wcześniej czy później, zawsze się wraca”. Pozwalam sobie za Dariuszem Czają tak rozpocząć tekst o pewnym włoskim mieście, które warto zobaczyć wtedy, gdy kończy się lato, a zaczyna jesień, gdy słońce jeszcze grzeje, ale już nie parzy, a lekki wiatr rozpieszcza nasze twarze lekkim podmuchem.
Miasto leżące w północnych Włoszech, w regionie Emilia Romagna, 30 minut pociągiem z Bolonii. Ferrara.
Wojciech Karpiński w książce „Pamięć Włoch” pisze, że oto miasto, które wydaje się być pogrążonym we śnie. Paweł Muratow w „Obrazach Włoch” wspomina natomiast, że tylko nieliczni z podróżnych, którzy przemierzają drogę między Wenecją a Florencją, zatrzymują się tu na dzień lub dwa, i że podróżny odczuwa zapewne jedno tylko pragnienie, aby jak najszybciej zostawić za sobą te smutne okolice i ujrzeć rześką wesołą Bolonię.

Byłam kilka lat temu takim podróżnym, któremu dane było zostać w Ferrarze cały rok. Rozpakować walizki, poukładać przywiezione książki na półce, stać się na chwilę jej mieszkańcem. Ani przez moment nie czułam pragnienia pozostawienia tych okolic i ujrzenia wesołej Bolonii. Przeciwnie, ciężko było rozstać się z tymi murami, które odkryły przede mną swoje tajemnice.
Zaraz po opuszczeniu dworca kolejowego skierujcie swe kroki na viale Cavour by spacerkiem zmierzać do centrum, które rozpoznacie po wyrastającym przed waszymi oczami, Castello Estense. To w tym zamku, otoczonym fosą urzędował ród d’Este. To tutaj Lukrecja Borgia poślubiła księcia Ferrary Alfonsa I. W lochach tego zamku zostali straceni Hugon i Paryzyna, których miłości nie zniósł Markiz Niccolo III, mąż Paryzyny. Koniecznie zajrzyjcie do lochów, które są dostępne dla turystów, by poczuć klimat tego miejsca, a potem wzbijcie się na sam szczyt i obserwujcie Ferrarę z lotu ptaka.

Opuszczając zamek, nogi same poprowadzą Was przed Dumo. Katedra jest przepiękna, już jedno spojrzenie daje sygnał, że obcowanie z tą potęgą nie będzie przygodą na kilka chwil, lecz na wieczność całą. Gwarantuję. Stałam przed nią tak wiele razy, że przestałam liczyć i za każdym razem nie mogłam wystarczająco zachwycić się romańską fasadą.
Rzeźby w portalu fasady przedstawiają sceny Sądu Ostatecznego. Ich poskręcane ciała, w grymasie wygięte twarze, na długo zatrzymywały mnie przed Dumo. W południowej części katedry stoi niedokończona renesansowa kampanilla, natomiast wnętrze jest w stylu barokowym.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o pięknych wąskich uliczkach, których w okolicach głównego placu jest bez liku, po których spacer zawsze wydaje się mieć inny wymiar. Poddaje się urokowi takich uliczek i przemierzam je chłonąc ich tajemnicę i zapach codzienności. Moją ulubioną jest via delle Volte w dzielnicy żydowskiej. Wystarczy z placu katedralnego wejść w uliczkę via San Romano. Pozwólcie sobie zagubić się w labiryncie ulic tej części miasta. Jestem przekonana, że długo będziecie wspominać te przyjemne chwile całkowitej bezradności.
Prędzej czy później, i oby później, wszystkie drogi zaprowadzą Was na via Mazzini, typowy deptak, na którym tętni włoskie życie. To najlepszy sposób obserwacji mieszkańców, którzy zawsze będą obok budynków wizytówką miasta. Proponuje usiąść wygodnie, zamówić kawę i obserwować. Będzie to spektakl, jakich mało.

Czas wstać i udać się w miejsce mniej uczęszczane a przepiękne i właściwie jedyne, dla którego wróciłam do Ferrary po raz drugi, już jako świadoma turystka. Opuszczając via Mazzini skręcamy w lewo i docieramy do via Savonarola. Celowo prowadzę Was przez tę ulicę, bowiem znajduje się na niej Uniwersytet (Wydział Filozofii i Literatury). Uliczka nie ma w sobie tej magii, o której wspominałam wyżej, ale jest mi tak bliska, że w każde miejsce w Ferrarze poprowadzę tak, by przez nią przejść! Stąd już blisko do najpiękniejszego, w moim odczuciu, miejsca tego miasta.
Palazzo Schifanoia (Pałac Beztroski), miejsce, w którym znajdują się słynne freski Francisco Cossy ukazujące codzienne życie rodu d’Este. W słynnej Salone dei mesi (sali miesięcy) możemy podziwiać jedynie część zachowanych fresków. Początkowo składały się z dwunastu części, a każda poświęcona była jednemu miesiącowi. Tylko trzy zachowały się w stanie, który pozwala w pełni podziwiać dzieło (marzec, kwiecień, maj). Freski zostały podzielone na trzy części oddzielone poziomymi pasami. Zwróćcie uwagę na środkowy pas, na którym znajdują się znaki zodiaku i alegorie uosabiające zalety i wady każdego miesiąca. Nie jestem żadnym ekspertem, ale nie trzeba nim być, by stojąc przed tymi freskami pochylić głowę, bo oto obcuje się z czymś wszechogarniającym, czymś, co powoduje, że ciarki przepływają przez skórę, na wyciagnięcie ręki, bowiem mamy przed sobą świat, który ożywa w naszej wyobraźni.
Ferrara, prócz kulturalnej rozrywki dostarcza również rozrywki ruchowej, bowiem to miasto rowerowe. Głównym środkiem transportu jest – rower właśnie. Stan sprzętu nie ma żadnego znaczenia, liczy się tylko to, by jechał. Wierzcie mi, niektóre z nich nadawały się do muzeum. Stara Ferrara otoczona jest dobrze zachowanymi murami obronnymi, słynnymi Le Mura. Polecam przejechać całą trasę rowerem, niezapomniana przejażdżka. Doskonałe miejsce na poranny jogging.
Mogłabym tak rozpływać się w zachwycie nad Ferrarą i pisać o niej dłużej np. o Piazza Ariostea, gdzie można zjeść najlepsze lody pod słońcem.
Jest jeszcze tyle pięknych miejsc, którymi Ferrara potrafi obronić się przed zarzutami, że jest najbardziej smutnym włoskim miastem. To podobno przez swoją charakterystyczną mgłę, która późną jesienią daje o sobie znak, choć ja widziałam ją tylko w filmie jej mieszkańca Michelangelo Antonioniego „Po tamtej stronie chmur”, ale to już zupełnie inna opowieść.
Zdjęcia: archiwum prywatne autorki.



Mieszkam aktualnie w Ferrarze. Zgadzam się z Tobą w 100% co do tego miasta. Śmieję się, iż Ferrara jest moim kochankiem bo kocham się z nią każdego dnia z wielką pasją. Może to i dobrze, że nie jest doceniania przez zagranicznych turystów (za to włoskich nie brakuje o każdej porze roku) bo tłumy mogłyby zniszczyć jej urok. Każdego dnia odkrywam w niej coś nowego. Uwielbiam pić cappucino i jeść słodkie w jednej z uroczych kafejek na Via Mazzini
. Jednakże muszę przyznać iż zimą, wydaje się być faktycznie smutna i nieco opuszczona. Co nie zmienia faktu iż długo pozostanie w mojej pamięci, bo w opozycji do Pawła Muratowa, Ferrara jest ładniejsza niż Bolonia i nie miałam ani jednej chwili z myślą aby stąd uciec 
Pozdrawiam.
Dago, ciesze sie, że jest Ci dobrze w Ferrarze. Troche zazdroszczę, że teraz tam mieszkasz. Często łapię się na tym, że właśnie zimą i jesienią wspominam Ferrarę najczęsciej. Jest przepiękna i tajemnicza.
Pozdrawiam Ciebie serdecznie i proszę wypij łyk kawy włoskiej na via Mazzini z myślą o mnie:)