Od niedzieli, przez kolejne dni niebo spogląda na nas dobrotliwie niebieskim okiem, a słońce wita jasnym spojrzeniem. Aura nam sprzyja, czas nie ogranicza, pośpiech nie ponagla, cieszymy się więc swobodą. Już od rana wiem, że takie dni zapowiadają niespodzianki i niecierpliwie przebieram nogami przed kolejną wyprawą. Ciekawość odkrywania nowego ciągle pcha do przodu, każe wychodzić z domu i wkraczać do niezwykłego świata podróżników, odkrywców i zdobywców. Obcowanie blisko z naturalnym środowiskiem, często prawie w intymnym kontakcie z naturą działa na mnie kojąco i daje radość.
Po doświadczeniach, hmmm… ehm, ehm… speleologicznych zdobywanych w grotach di Varone przyszedł czas na alpinistyczne wspinaczki w sensie jak najbardziej dosłownym.
Rocca di Garda to formacja skalna u przedsionka Alp. Przycupnęła przy niej mała miejscowość Garda. Wiele razy odwiedzaliśmy to atrakcyjne turystycznie miasteczko przytulone do skały, położone w objęciach jeziora Garda. Sama góra stanowiła dla nas jednak tajemnicę, która czekała na swoje odkrycie aż do dzisiaj.
W średniowieczu takie skały były doskonałym miejsce obronnym, wykorzystał to dawny władca i wybudował tam twierdzę. Charakterystyczny wygląd, płasko ścięty wierzchołek nadał skale kształt trapezu. Z oddali wydawała nam się łagodna, przyjazna i dostępna. Jak będzie zobaczymy. Czy uda się nam ją zdobyć?
U stóp góry zaparkowaliśmy samochód i rozpoczęliśmy „atak na szczyt” polegając już tylko na własnych nogach. Drogowskaz wskazywał trasę pod górę i zaprowadził nas do maleńkiego przysiółka. Wzdłuż dwóch stromych uliczek kolorowe domki przyklejone jeden do drugiego wspólnie opierają się pochyłością.
Wszystko tu było, jakby trochę w miniaturze: wąska uliczka, małe okienka z okiennicami, małe balkony, strome schody. Zadziwia, że w tej ciasnej architektonicznie przestrzeni mieszkańcy wygospodarowali miejsca dla roślin. Skromne progi domów ubogacają kwietne ozdoby i zioła w donicach: rozmaryn, tymianek, lawenda. Na niewielkim podwórku girlandy z winorośli fantazyjnie oplatają balkon. Wystarczy wyciągnąć rękę po opadające tuż nad głową dojrzałe grona, żeby móc je skosztować. W małych ogródkach wytworne cynie zachwycają barwą.
Ale oto znikają zabudowania i ponad dachami domów otwiera się wolna przestrzeń. W oddali majaczą wyższe partie wzniesień alpejskich. Zbocza bliższych wzgórz pokrywają tarasowe ogrody winorośli, gaje oliwne i strzeliste w pionie cyprysy. Zatrzymujemy się przy drewnianej ławce i kontemplujemy górski krajobraz. Jesteśmy w połowie drogi na szczyt. Ci, którzy schodzą z góry uśmiechami mobilizują nas do dalszej drogi. Ruszamy dalej posuwając się wolno w górę uważni na skrywane na wzgórzu niespodzianki. Spod zielonych antresoli winorośli, zwieszają się ciężkie grona. Na owocach napęczniałych od soku migocą plamki słońca.
Jest tu wszystko co kocham, co lubię w Italii – góry, drzewka oliwne, winorośl, ciemne cyprysy, delikatne daglezje. W niektórych miejscach zieleń przerzedza się i odsłania skrawki przestrzeni z widokiem na jezioro i eleganckie posiadłości z basenami i zadbanymi trawnikami. Punta San Vigilio – półwysep, zamykający od północy miejscowość Garda przypomina mi z wysokości zanurzonego w wodzie krokodyla.
Tablica informacyjna przy ścieżce zapowiada rychłe ukończenie wspinaczki i dostarcza informacji na temat średniowiecznej twierdzy.
Zamek na skale zbudowano na przestrzeni V wieku. W budowie twierdzy wykorzystano naturalne warunki obronne skały. Od wschodu dostępu do zamku broniło strome zbocze i długi mur, od zachodu skała graniczyła z jeziorem. Zamek pełnił ważną rolę obronną od końca cesarstwa rzymskiego do końca XII wieku, a jego rozkwit przypadł na czasy królestwa Longobardów i władztwa Karolingów.
Okazuje się, że zdobycie twierdzy od strony wschodniej, nie było kiedyś łatwe i proste! Ale i dzisiaj droga na szczyt wymaga wysiłku pokonania jeszcze wielu schodów.
Tu, wysoko na szczycie skały, odległości w poziomie skracają się. Na sąsiednim wzgórzu, pomiędzy ciemną zielenią cyprysów zauważamy jasne ściany klasztoru Camaldolesi. Tylko odległości mierzone w pionie nie chcą ulec złudzeniu perspektywicznego skrótu, a wręcz odwrotnie. Zamieram z przerażenia spoglądając z wysokości w dół na miasteczko.
Wszystko jest takie nieprawdopodobnie malutkie – domy, ulice, samochody, łódki na jeziorze. Tylko „krokodyl” z Punta San Vigillio wyraźniejsze przybrał kształty i trwa w bezruchu panując nad zatoką Riviera degli Olivi. Gardesana niczym srebrna wstążka opasa wybrzeże Lago Di Garda. Przyklejone do niej skupiska budynków to kolejno, jak okiem sięgnąć, Bardolino i dalej Lazise. Odległości kierują wzrok na zielone wzgórza, ku przestrzeni wodnej jeziora i dalej ku nieskończoności.
Szybujący w przestrzeni wzrok, odnajduje równowagę na zielonej polanie rozlanej na szczycie góry. Władcą tu konik polny przyjmujący gości na poziomkowym polu, a strażnikami stare dęby o rozłożystych konarach. Wśród zarośli ledwo udało nam się odnaleźć resztki średniowiecznego zamku. Czas skruszył stare kamienie, a resztki zmurszałych murów zaanektowały pnącza. I pomyśleć, że twierdza to była warowna, skoro wybrała ją Adelaida di Canossa na schronienie przed królem Ottonem I, chcącym pojąć ją za żonę. Ile prawdy w tej legendzie? Nie wiadomo.
Fotografie: archiwum prywatne autorki.








Najnowsze komentarze