Na pierwszy rzut zapowiada się kolejna porcja zachwytów nad słoneczną i boską Italią. Rzeczywiście trochę tych zachwytów tu jest, ale poza tym dostajemy solidną porcję uczciwych informacji i spostrzeżeń. Możemy im ufać, bo autorka naprawdę do Włoch przyjechała i poznawała kraj od codziennej, często mało romantycznej strony.
Penelope Green jest Australijką, która miała dobrą pracę, drogie ciuchy i w miarę ustabilizowaną pozycję towarzyską. W pewnym momencie poczuła się jednak zmęczona rutyną swego życia i postanowiła coś zmienić, najlepiej radykalnie. Wyjazd do romantycznych Włoch wydawał się doskonałym pomysłem. Brzmi znajomo? Niestety tak i trzeba trochę czytelniczej cierpliwości, by przebrnąć przez pierwsze strony, na których autorka niezbyt przekonująco tłumaczy swoje frustracje i pomysły na życie. Na szczęście potem jest znacznie lepiej. Kiedy przyjeżdża do Rzymu i zderza się z rzeczywistością, kończą się irytujące rozważania o bezsensie wygodnego życia. Trzeba się bowiem zmierzyć z życiem prawdziwym. Nieznajomość języka uniemożliwia znalezienie dobrej pracy. Zostaje kelnerowanie, próby porozumienia się z nowymi znajomymi, niełatwe próby opanowania świata, który rządzi się swoimi prawami. Pojawiają się nawet jacyś atrakcyjni mężczyźni, ale Rzym wcale nie gwarantuje, że od razu będzie romantycznie i cudownie. Wszystkie rzymskie przygody, pierwsze sukcesy językowe i zawodowe, porażki i zwycięstwa towarzyskie Penelope Green opisuje w pierwszej ze swych książek „Rzymskie dolce vita”.
Przychodzi jednak czas na kolejną zmianę, kolejną podróż i kolejną książkę. „Zobaczyć Neapol i umrzeć” opowiada o rocznym pobycie w Neapolu. Bohaterka nie ma już problemów językowych, jej włoszczyzna jest na tyle dobra, że radzi sobie nawet z lokalną odmianą neapolitańską, z oficjalnym językiem nie mającą wiele wspólnego. Znalazła też pracę na miarę swoich zainteresowań, jest dziennikarką, która stara się zgłębić fenomen Neapolu, miasta tyleż pięknego, co i niebezpiecznego. Nie boi się zadawać trudnych pytań, docieka prawdy o miejscowej mafii, szuka uczestników skandali i cichych bohaterów dnia codziennego, próbuje dowiedzieć się, dlaczego mimo wielu zapewnień tak niewiele udaje się zrobić w tym mieście straconych nadziei. Fabularnie druga część jest słabsza niż pierwsza, bo nie dzieje się tu prawie nic, nawet miłość do Alfonsa pojawia się bez energii i emocji. Ale bezdyskusyjnie jest to fantastyczny portret miasta, pełen pasji obraz współczesnego włoskiego południa, które zmaga się ze swoimi demonami. Wiele z tej książki dowiedzą się tropiciele mafijnych wątków, miłośnicy historii prawdziwych, wielbiciele relacji z odkrywania nowych zakątków na włoskiej mapie. Po przeczytaniu tej książki Neapol na pewno stanie się naszym dobrym znajomym.
Wydawca obiecuje wkrótce przekład trzeciej książki Penelope Green, która zamyka włoską trylogię. „Girl by sea” opowiadać ma o wyjeździe bohaterki z ukochanym na wyspę Procida, gdzie będzie spokojnie, smakowicie i radośnie… Poczekamy, poczytamy. A na razie możemy zaprzyjaźniać się z Rzymem i próbować zrozumieć Neapol.



Pierwsza książka podobała mi się bardzo, czytałam ją 2 razy i kiedyś pewnie znów po nią sięgnę. Taki Rzym z przymrużeniem oka, lekka, przyjemna, naprawdę ciekawa. Druga część także w moim odczuciu – nic się nie dzieje… Ale z drugiej strony, poznałam troche Neapol o którym nie wiedziałam nic. Czekam na trzecią część, zobaczymy co tym razem Penelope nam zaproponuje