Rzym, 09.01.2010
Moc serdecznych pozdrowień z Wiecznego Miasta, gdzie swoje pierwsze kroki skierowałam na Piazza Navona, by przekonać się (o czym od dawna marzyłam, a dotąd nie było okazji), póki jeszcze trwają świąteczne ferie, jak plac ten wygląda w świątecznej scenerii i gdy fruwają na nim (nad nim?) tysiące befan.
Małgosia
Dawno, dawno temu, gdy w skromnej stajence przyszedł na świat Zbawiciel, trzej królowie wyruszyli, by oddać Mu pokłon i ofiarować dary.
Stop! Cofnij! Nie tak brzmi ta opowieść we włoskiej wersji. Wyruszyły bowiem cztery osoby: oprócz trzech magów była jeszcze wróżka. I co się z nią stało?
Otóż, do skromnej betlejemskiej stajni drogę wskazywała gwiazda, za wskazaniem której wędrowali trzej mędrcy. Do Dzieciątka dotarli, dary wręczyli, pokłon oddali. Befana natomiast, bo tak na imię miała owa wróżka, poszła na skróty, obrała inną drogę, chcąc dotrzeć prędzej. Niestety, nie dość, że nie dotarła prędzej, w ogóle nie dotarła! Zgubiła drogę, nie przybyłą na czas, pozostała ze swoim darem. I od tego czasu krąży po świecie, a 6 stycznia wręcza prezenty wszystkim dzieciom, licząc na to, że któreś z nich jest nowonarodzonym Jezusem…
W miarę upływu czasu Befana zaczęła się zmieniać: wsiadła na miotłę, wyrósł jej długi nos, zrobiła się złośliwa i dorobiła się wrednego charakteru. Szykując skarpetę na prezenty koło swojego łóżka 5 stycznia wieczorem, włoskie dzieciaki nie mają pewności, co znajdą rano. Czy mnóstwo łakoci, co będzie potwierdzeniem ich dobrego sprawowania przez miniony rok czy też garść węgla mówiącą, że zachowanie należy poprawić. Ot, złośliwa Befana…
Święto Trzech Króli, czyli 6 stycznia, to we Włoszech święto Epifanii, jeden z „prezentowych” dni w roku. Jednocześnie kończą siew tym dniu świąteczne ferie: po Bożym Narodzeniu, po Nowym Roku dobiega końca okres świątecznych wyjazdów, odwiedzin, wypoczynku w górskich kurortach (bo te cieszą się wtedy dużym powodzeniem). Karnawał trwa nadal, szopki ciągle zdobią kościoły, ale każdy mówi sobie „święta, święta i po świętach”, wypijając w drodze do pracy pierwszą w nowym roku kawę w barze koło swojego biura.
W tym roku Włochom dopisało szczęście: 6 stycznia wypadało w czwartek, więc wystarczył urlop na jeden dzień i już zimowe wakacje można było przedłużyć do niedzieli, 9 stycznia, co oczywiście Włosi skwapliwie uczynili. Wszak od Polaków tylko jeden naród lubi bardziej fare il ponte, czyli „długie weekendy” – mieszkańcy słonecznej Italii właśnie.
Dzięki tym wydłużonym feriom udało mi się zobaczyć jeszcze świąteczne jarmarki. Przylatywałam 8 stycznia, czyli już po okresie świąteczno-noworocznym, ale do końca weekendu jeszcze królowały straganiki przed Bazyliką św. Jana na Lateranie czy właśnie na Placu Navona.
Na straganach – głównie słodycze. Lady uginają się pod stosami popularnych napojów, batoników i wafelków, ale można znaleźć także różne specjalności – na przykład olbrzymich rozmiarów pączki, które sprzedawcy podgrzewają i jakby słodkości było nie dość, jeszcze posypują cukrem pudrem albo nadziewają kremem czekoladowym. Pachną różnego rodzaju orzechy serwowane na ciepło w karmelu. Dzieciaki ekscytują się cukrową watą w przeróżnych kolorach tęczy. Cieszą oczy jabłka w lukrze.
Inne stragany pełne są zabawek. Tematyka może mało świąteczna, ale kolorystyka bajeczna. Pstrokate baloniki unoszą się ponad placem. Plastikowe kolorowe motocykle wypełnione są groszkami lub landrynkami. Gdzieniegdzie wypatrzyć można prawdziwe cudeńka – pomysłowe klocki, drewniane puzzle.

Foto: Flickr (pynomoscato).
Na jarmarku nie obędzie się bez tradycyjnych dekoracji. W okolicach 6 stycznia są to oczywiście befany. Te malutkie mają około 5cm wzrostu, wyposażone są w sznureczki umożliwiające doczepienie ich do kluczy czy telefonu komórkowego. Te większe na klaśnięcie reagują upiornym rechotem albo zaczynają mrugać czerwonymi oczyma. Wszystkie obowiązkowo mają na sobie różnokolorowe łaszki, fikuśne kapelusze, a w ręce trzymają miotłę.
Furorę na jarmarku robią kramy, gdzie niemało grosza można stracić, jeśli ktoś odkryje w sobie żyłkę hazardu. A to plastikowe obręcze trzeba zarzucać na szyjki butelek, a to trafiać piłeczkami w metalowe puszki, a to bezbłędnie przeprowadzić piłeczkę przez labirynt, a to z kolei wykazać się umiejętnościami na strzelnicy, gdzie „ofiarami” są plastikowe kwiatki. Im większa wygrana, tym… większa. Dosłownie – im więcej trafień, tym wygrana rośnie, a że pośród nagród są głównie pluszowe zabawki, więc czasem rozmiary nagrody są imponujące.
Nie wypatrzyłam nigdzie tradycyjnego albero della cuccagna, czyli drewnianego pala, na szczycie którego umieszczano worek pieniędzy i smakowitego jadła dla śmiałka, któremu udałoby się wspiąć do góry po słupie, który czasem dla utrudnienia jeszcze smarowano mydłem. Ale opis tej zabawy znalazłam jako dawną tradycję świątecznych zabaw, więc widocznie współczesny Rzym już jej nie kultywuje.
Straganów na Piazza Navona zmieściło się sporo i jest się gdzie przechadzać, wszak plac ma 280 metrów długości i 65 metrów szerokości. Jego kształt przypomina o dawnej arenie cesarza Domicjana. Trudno sobie wyobrazić mającą 35-metrowej wysokości trybuny arenę mogącą pomieścić 30 tysięcy widzów. Echo igrzysk, wyścigów konnych, wyścigów rydwanów i zawodów sportowych dawno przebrzmiało. Fundamentom domów też nie możemy się przyjrzeć, by przekonać się, że to fragmenty dawnych trybun, ale wystarczy, że wyjdziemy z placu w stronę Tybru i zaraz za zakrętem ujrzymy kilka metrów poniżej poziomu ulicy i chodnika zachowane jedno z oryginalnych wejść.
Foto: istockphoto.com
Kramy zasłaniają eleganckie pałace i liczne kafejki, które gromadzą i mieszkańców i turystów bez względu na porę roku. Jedynie górująca ponad straganami, umieszczona na środku placu Fontanna Czterech Rzek odciąga uwagę (oczywiście turystów, a nie Rzymian) od gwarnego jarmarku. Czterej muskularni mężczyźni symbolizują rzeki: Dunaj, Ganges, Nil i La Plata. Cztery rzeki, jak cztery kontynenty: Europa, Azja, Afryka, Ameryka. Dlaczego tylko cztery zapytamy? Fontannę wykonał na polecenie papieża Innocentego X Bernini w połowie XVII wieku, czyli wtedy gdy Antarktyda nie była jeszcze odkryta, a żeglarze zawitawszy na wybrzeża Australii zupełnie się tym lądem nie zainteresowali pozwalając na jego „oficjalne” odkrycie w 1768 roku Jamesowi Cookowi.
Tekst pochodzi ze strony www.moja-italia.pl
Opublikowany za zgodą autorki.



Najnowsze komentarze