21:00. Do stałego miejsca spotkań przy Koloseum już od kilkunastu minut ściągają grupki rozbawionych turystów. W większości Amerykanie, sporo Brytyjczyków. Z ulotkami, które dostali w ciągu dnia, ustawiają się w kolejce, żeby zapłacić 20 euro za uczestnictwo w całonocnej libacji. Przed nimi rajd po rzymskich lokalach, morze alkoholu pochłaniane w każdym z nich, luźna atmosfera i jeszcze luźniejsze zachowanie. Dużo wrażeń. Różnych. Witajcie w Rome Homers Pub Crawl.
fot. flickr.com (oraz75)
Pomysł genialny w swojej prostocie i wcale nie nowy, bo na świecie pub crawling czyli chodzenie od lokalu do lokalu i wypijanie w każdym z tych miejsc drinka jest znane od dziewiętnastego stulecia. W Rzymie ktoś wpadł na to jak wykorzystać pomysł komercyjnie, czyli jak się dobrze bawić, zarabiając na tym krocie. Turystów w Rzymie nie brakuje, więc pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę.
Tym kimś był w 1999 roku Jim, Brytyjczyk który po kilku latach bycia królem życia odsprzedał wszystko znajomemu. Dużo łatwych pieniędzy, brzmi jak coś, czym mogłaby się zainteresować mafia. Jednak Pavle, obecny szef, charyzmatyczny, ale i wymagający Serb, mówi że organizacja na „m” nigdy z pub crawl nie miała nic wspólnego. „ Z tego co wiem, mafia nigdy nie była zamieszana w działalność pub crawl. Było jakieś napuszczanie bandytów, ale to wszystko. To było w zamierzchłych czasach, kiedy wszystko było jeszcze nielegalne”. A legalne zaczęło być w 2008 roku, bo to właśnie wtedy Pavle zaczął się przedzierać przez włoską biurokrację, żeby robić wszystko zgodnie z prawem i zabezpieczyć nazwę i pomysł prawami autorskimi, żeby nikt się pod jego kwitnącą, bardzo dochodową działalność nie podpinał.
W Rzymie wydaje się, że turystów jest więcej, niż mieszkańców miasta. Turyści mają pieniądze i chcą się bawić, więc pracownicy pub crawl im tę rozrywkę, za odpowiednią opłatą, zapewniają. Ludzie, którzy pracują w pub crawl, to spragnione przygód dzieciaki z GB, USA, Australii czy Nowej Zelandii. Przyjechali do Rzymu na chwilę i tak już zostało. Szukając pracy trafili do pub crawl, bo raz, że lubią się bawić, a dwa – bez legalnych papierów trudno byłoby im znaleźć pracę gdzie indziej. Przyjemne z pożytecznym. W dzień rozdają ulotki w strategicznych turystycznie punktach miasta, zapraszając ludzi na imprezę.
Siedemdziesiąt procent z zapraszanych turystów pojawia się na wieczornej imprezie. To wygodne – wszystko jest zorganizowane, trzeba tylko pojawić się o 21.oo pod Koloseum, zapłacić 20 euro, a załoga pub crawl zajmie się całą resztą. Podadzą drinki, zorganizują „drinking games” (jedna z nich to kręcenie się w miejscu z puszką piwa w ręce, wygrywa ten, kto będzie się najdłużej kręcił, nie upadnie i najszybciej wypije piwo) i zaprowadzą do najciekawszych punktów na zabawowej mapie miasta. Najciekawszych dla turystów, bo Włosi i ci, którzy mieszkają tu na stałe, takich „turystycznych” miejsc unikają jak ognia – to obciach. Chyba, że idzie się tam w jednym celu – po zagubioną w wielkim mieście, wyluzowaną turystkę na wakacjach. Wieczorem – party time!
fot. flickr.com (oraz75)
„Uwielbiamy się bawić, to prawda. Zostajemy z ludźmi, których mamy pod opieką, do 2 w nocy, później zwykle wracamy do domu. To wbrew pozorom ciężka praca, przede wszystkim wyczerpująca fizycznie. Nie dosypiamy, zarywamy noce, no i ten właściwie wieczny kac. Ale z drugiej strony, cały czas poznajemy nowych ludzi z całego świata. Jak się nad tym zastanowić, to właściwie plusów jest zdecydowanie więcej niż minusów. A poza tym – ile osób ma pracę, w której może imprezować i jeszcze mu za to płacą?”- uśmiecha się jeden z pracowników, 22-letni Brytyjczyk. W Rzymie od dwóch lat, z czego większość spędził w pub crawl. Tu znalazł pracę i przyjaciół albo – jak sam mówi – „rodzinę”. Spędzają razem właściwie cały czas – w domu, w pracy, na imprezie. Muszą się przyjaźnić. Tworzą swój własny, mały świat, swoje własne, małe getto, dobrowolnie wybierając izolację od włoskiego społeczeństwa. Większość z nich nie mówi po włosku – to im niepotrzebne. W pracy ciągle używają angielskiego, mają przyjaciół, którzy są anglojęzyczni. Sami o sobie mówią „ekspatrianci”, skutecznie alienując się od Włochów. Mają swoje puby, kina, restauracje. I pracę, oczywiście. Na czele tego klanu stoi 25-letni Pavle, będący głową „rodziny” i mózgiem całej operacji. To właśnie on, przejmując w 2007 roku biznes, wprowadził zasadnicze zmiany – przede wszystkim od tego momentu wszystko miało być legalne. Do tej pory pub crawl funkcjonował na obrzeżach szarej strefy, świetnie wpisując się w nie do końca zalegalizowaną strukturę turystycznych powiązań w mieście.
fot. flickr.com (oraz75)
„Pub crawl to właściwie sposób życia. Spontaniczny, żywiołowy. Dbamy o to, żeby młodzi ludzie, którzy przyjeżdżają do Rzymu, dobrze się bawili. Żeby dobrze bawili się robiąc to, o czym rodzice zawsze im mówili, że jest nieodpowiednie. Sex turystyka? Nie, to nieodpowiednie określenie. Ale wiele rzeczy zdarza się zwykle między przyjazdem do Rzymu i wyjazdem z miasta. Pub crawl jest tylko jedną z nich” – tłumaczy Pavle, obecnie sterujący wszystkim zdalnie z Belgradu. Na miejscu pracują dla niego menedżerowie, którzy stoją na szczycie pracowniczej hierarchii.
Dobre pieniądze i dużo dobrej zabawy – czego chcieć więcej?



Najnowsze komentarze