Do kin trafił właśnie film absolutnie niezwykły. Bo choć nie ma w nim fabuły, są emocje, których ze świecą szukać w niejednym dramacie. To opowieść o Neapolu, jakiego nie znacie – pełnym skrajności, pasji i muzyki.
Aby zrozumieć Neapol, nie wystarczy zwyczajny przewodnik po miejscowych zabytkach. Tu trzeba miłości, która odkryje przed nami miasto o wielu twarzach, pozwoli dojrzeć wszystkie sprzeczności, konflikty i namiętności, nadające temu miejscu tak szczególny charakter. John Turturro Neapol bez wątpienia kocha, dlatego postanowił opowiedzieć o mieście w sposób, który pozwoliłby dotknąć jego istoty. I tak powstał film dokumentalno-muzyczny „Passione”.
Kiedyś powiedzenie „zobaczyć Neapol i umrzeć” odnosiło się do silnych wzruszeń i zachwytów, z czasem pojawiły się inne skojarzenia, znacznie bliższe śmierci rozumianej dosłownie. W końcu Neapol to nie tylko pizza i zapierające dech w piersiach widoki, ale także słynąca z okrucieństwa camorra, tony śmieci na ulicach i postępująca bieda w wielu rejonach miasta. Przyjazd do Neapolu to sport ekstremalny, bo nigdy nie wiadomo, co nas czeka za rogiem, z jaką twarzą miasta przyjdzie nam się zetknąć.
Niełatwo pokazać to miejsce tak, by zachwyciło mimo swego mrocznego oblicza. Turturro znalazł świetny sposób. Ograniczył do minimum słowa i pozwolił przemawiać muzyce. Jest to tak naprawdę niespieszna, ale bardzo energetyczna i efektowna przechadzka po mieście, w którym rządzą emocje – te dobre i te znacznie gorsze. I choć na pierwszym planie pozostaje muzyka, to szybko okazuje się, że właśnie ona najlepiej oddaje atmosferę tego miejsca i charakter neapolitańczyków.

Co zatem gra w ich duszach? Przede wszystkim miłość. Niby oczywiste we Włoszech, ale neapolitańska odmiana miłości jest bardziej dzika, nieokiełznana, fatalistyczna. Tu nie ma łzawych westchnień przy księżycu, jest za to krzyk zdradzonej kochanki i pożądliwe spojrzenia mężczyzn. Jest zmysłowa pieśń „Malafemmina”, namiętna „Maruzzella” czy nostalgiczna „Era de Maggio”. Niezłomny i nieco pokrętny charakter neapolitańczyków widać w pieśni o cudzie świętego Januarego czy w opowiastce o więźniu Don Raffaè, który pija dobrą kawę i rozmawia ze strażnikami, choć jest wielkim panem, mafijnym szefem. Nie mogło zabraknąć też pieśni o Wezuwiuszu, budzącym przerażenie i fascynację jednocześnie, a także o niełatwej historii wojennej i powojennej Neapolu, gdy do miasta zawitali amerykańscy żołnierze, po których pozostały rzesze porzuconych dziewcząt z dziećmi.
„Passione” nie jest filmem dokumentalnym o zacięciu publicystycznym. Nie ma tu pytań, skąd się biorą gniew i radość tego miasta. Jest za to absolutnie urzekająca podróż przez historię i współczesność Neapolu zaklęta w muzyce, w śpiewnym dialekcie, w obdrapanych zaułkach i ludziach, których rozsadza energia. Wszystkie utwory mają neapolitańskie korzenie, a wszyscy wykonawcy są z Neapolem związani. John Turturro pozwolił im wykonać piosenki po swojemu, wiele z nich uwspółcześniono i nadano im więcej dynamizmu, ale wciąż są prawdziwe, południowe i neapolitańskie. Jest w nich dowcip, pogodzenie z ciężkim losem, zaciętość cechująca wojowników i namiętność towarzysząca tym wszystkim, którzy żyją naprawdę. Bo Neapol żyje prawdziwie i bez udawania, a „Passione” pokazuje to życie poprzez dźwięki, nierozerwalnie związane z miastem u stóp Wezuwiusza. To naprawdę trzeba zobaczyć, posłuchać, poczuć…



Najnowsze komentarze