Czy byliście Państwo w Wenecji? Jeśli nie, spieszę z wyjaśnieniem, jak to jest.
Być w Wenecji, to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz.
Te słowa Trumana Capote nie mijają się z prawdą: wizyta w tym miejscu – legendarnie wręcz pięknym – może zaprzeć dech w piersiach i doprowadzić do zawrotów głowy. U innych z kolei nadmiar tych dóbr powoduje tylko… mdłości.
Wydawać by się mogło, że o Wenecji napisano już wszystko. A jednak, kilka lat temu wpadła mi w ręce niewielka książeczka o intrygującym tytule Venezia è un pesce (Wenecja jest rybą) Tiziana Scarpy. Autor odnosi się do kształtu wyspy i, już od okładki zapewniając dystans do legendy Serenissimy 1, zaprasza czytelnika w podróż do rodzinnego miasta. I wyjaśnia, jak poczuć je wszystkimi pięcioma zmysłami.
Malkontentów i cyników od razu uprzedzam – niech powstrzymają pogardliwe prychnięcia. Scarpa wprawdzie jest w swoim mieście zakochany po uszy, ale skrzętnie maskuje to uczucie ironią i oczytaniem. Nie znajdziemy tutaj typowych amerykańsko-podobnych przepisów na dolce vita w Italii, wręcz przeciwnie. Autor przekonuje bowiem, że mieszkanie w Wenecji jest… bardzo męczące. I podpiera tę tezę na wpół zabawnymi, na wpół erudycyjnymi przykładami.
Dla niego wyspa, bardziej niż cudem architektury, jest mikroświatem z własnym sposobem na życie. Nie znajdziemy tu dokładnych opisów tras, wręcz przeciwnie – według Skarpy jedynym dobrym kierunkiem jest…błądzenie bez celu. Posiłkując się różnymi częściami ludzkiego ciała, autor obiecuje: Opiszę ci, co się stanie z twoim ciałem podczas wędrówki po Wenecji. Oto kilka przykładów.
Ogromnie istotną rolę gra w Wenecji nos. Malkontenci na pewno ochoczo przypomną to, co wielbiciele Serenissimy litościwie pomijają: Wenecja to chroniczny smród. Według Scarpy, nie służy on jednak niczemu innemu niż podkreśleniu uroku miasta, tak, jak blizna podkreśla urodę pięknej kobiety. Przyziemny zapach przypomina o tym, że znajdujemy się w świecie rzeczywistym, a nie magicznym, pozwala zachować rozsądek.

fot. archiwum prywatne autorki
Jeśli chodzi o zmysł wzroku, autor przekonuje, że widok katedry Świętego Marka, Pałacu Dożów czy mostu Rialto na dłuższą metę wcale nie jest dobry dla oczu. By chronić je przed blaskiem miasta, którego każdy najmniejszy fragment przypomina wyrafinowany, malarski detal, Wenecjanie muszą kryć się za okularami przeciwsłonecznymi. Robią to także z tęsknoty za prywatnością, która w Wenecji jest niemal niemożliwa. Jednym słowem – rdzenni mieszkańcy wyspy się doskonale znają, więc usta i uszy Wenecjan są wiecznie nadwyrężane: niemożliwym jest wyjść z domu i nie przekazać na ulicy piętnastu pozdrowień. A jak wiadomo, w tym celu należy przekrzyczeć tłumy turystów oblegających Serenissimę przez cały rok.
Henry James porównał kiedyś Wenecję do ogromnego mieszkania, bo nawet wychodząc, nie jest się nigdy „na zewnątrz”.
To właśnie z potrzeby prywatności narodziła się maska wenecka.
Skoro mówimy już o maskach, nie można zapomnieć o karnawale!
Tiziano Scarpa radzi czytelnikom zamknąć oczy, gdziekolwiek tylko się znajdą, i spróbować poczuć tę chwilę kolektywnej euforii. Karnawał to nie tylko święto – to stan ducha, który warto osiągnąć. Do tego oczywiście przyda się serce.
A także do innych celów, bo w końcu Wenecja to miasto zakochanych. Dla samych tubylców sprawa jest dość pogmatwana – w odróżnieniu od reszty Włochów, pozbawieni własnego lokum młodzi cierpią na brak miejsc do fare l’amore: w końcu na Wyspie nie ma samochodów…

fot. archiwum prywatne autorki
To tylko kilka wątków z Venezia è un pesce. Mam nadzieję, że władających włoskim przekonały do lektury książki, a wszystkich – do wyruszeniu w podróż po Wenecji bez wytyczonego celu i poczuciu tego magicznego miasta wszystkimi zmysłami.
1 La Serenissima – czyli Najjaśniejsza.



Najnowsze komentarze