Nietłumaczona jeszcze na polski książka Margaret Mazzantini “Venuto al Mondo” to jedna z tych powieści, które kontynuują najlepsze tradycje literackie – pokochają ją zarówno miłośnicy „Miłości w czasach zarazy” jak i „Wojny i Pokoju” czy „Łuku Triumfalnego”.
Książka mieszkającej w Rzymie Mazzantini to opowieść o miłości i o wojnie. O miłości w czasie wojny. O miłości, która nadaje sens życiu i o wszystkim tym, co ten sens może odebrać w okrutny sposób. O roli historii, która nie zostawia możliwości dokonania wyboru, bo robi to za bohaterów, i o heroicznych decyzjach, które podjęli sami, nie zważając na konsekwencje. O bólu, który mija i o tęsknocie, która nie umiera nigdy.
To historia miłości, a raczej historia kilku różnych miłości, które nie mogłyby bez siebie zaistnieć – o ogromnym uczuciu kobiety do mężczyzny jej życia, do przyjaciela, do ukochanego syna i do ojca. Ale także o miłości do kraju, który – choć daleki i wyniszczany wojną – wydaje się tak bliski.

Tę wysmakowaną stylistycznie i świetnie napisaną książkę dostałam od przyjaciela – pół Włocha, pół Chorwata, co w kontekście historii, którą opowiada, nabiera szczególnego znaczenia, bo część akcji toczy się w czasie wojny w Bośni. Otworzyłam, zaczęłam czytać i… od tej pory „Venuto al mondo” stoi na półce obok innych ulubionych książek, a ja polecam ją wszystkim znajomym, którzy czytają po włosku.
„Venuto al Mondo” to książka, której – mimo że nastrojowa narracja Mazzantini wciąga od pierwszej do ostatniej strony – nie można czytać w pośpiechu, w wypiekami na twarzy czekając, co będzie dalej. To powieść, którą trzeba smakować, strona po stronie, rozdział po rozdziale.
Poruszająca historia pięćdziesięcioletniej Włoszki Gemmy, rozpoczyna się w momencie, kiedy otrzymuje ona niespodziewany telefon od dawno niewidzianego przyjaciela z Sarajewa. Razem z Gemmą i jej szesnastoletnim synem Pietro, typowym na pierwszy rzut oka nastolatkiem – jedynakiem, wsiadamy na pokład samolotu odlatującego z Rzymu do Sarajewa i zostajemy porwani nurtem wspomnień, przeszłości przeplatającej się na każdym kroku z teraźniejszością, obrazów pięknych i nierzadko bolesnych.
W Sarajewie poznajemy Gojko, przyjaciela Gemmy sprzed ponad dwudziestu lat, dzięki któremu bohaterka poznała Diego, swojego pierwszego męża, miłość jej życia.
Zapętlony węzeł wzajemnych powiązań, spatynowanej, ale ciągle żywej przyjaźni i miłości, która na zawsze zmieniła życia wszystkich bohaterów książki, zaczyna się powoli rozplątywać, enigmatyczne sytuacje i wspomnienia z pierwszych stron książki zaczynają nabierać sensu, bohaterowie zaczynają żyć tak, jakby byli realnymi osobami.
Powodem dla którego Gemma zdecydowała się przyjechać po wieloletniej nieobecności do kraju, który dał jej tak wiele i tak wiele odebrał, zostawiając młodą matkę zrozpaczoną i samotną, jest wystawa zdjęć Diego, który był fotografem. Powoli poznajemy szaleńczą historię miłości Rzymianki i młodego chłopaka z Genowy, ich przyjaźni z Gojką, ich wspólną miłość do Bałkanów.
Od pierwszych stron książki jasne jest, że to historia tragiczna, w której nie będzie klasycznego happy endu – nie ma żadnego „żyli długo i szczęśliwie”; jest świadomość, że ich krótkotrwałe szczęście zostanie brutalnie przerwane śmiercią Diego, że wszyscy bohaterowie podejmą decyzje, od których nie będzie odwrotu.
Jedną z nich jest postanowienie Gemmy, że skoro nie może mieć własnych dzieci, znajdzie kobietę, która urodzi dziecko Diego. To przemożne pragnienie bycia matką, posiadania na zawsze części ukochanego mężczyzny, jest jednym z wielu głównych wątków książki. Wątkiem, który, podobnie jak wojna z całym jej okrucieństwem, paradoksalnie – zostawi piętno na miłości Gemmy i Diego, na życiu młodego Pietra. A także i na życiu Gojki, który z poety – idealisty staje się doświadczonym życiem (i śmiercią) w czasach wojny cynikiem, któremu wiarę w życie przywraca – a jakże – kobieta. Kobieta, która jest kluczem do całej historii – Gemmy, Diego, Gojki, małego Pietra, którego początkowe znudzenie podróżą i otoczoną legendą postacią ojca zastępuje przebudzone nagle poczucie przynależności do miejsca, gdzie nigdy wcześniej nie był i Guliano, drugiego męża Gemmy.
Nie sposób w krótkiej recenzji oddać nastroju powieści i streścić historii, którą Mazzantini opowiada na ponad pięciuset stronach. Nie to zresztą jest celem recenzji. Bez taniej, afektowanej uczuciowości i ckliwych wstawek, które kazałyby umieścić tę wyjątkową książkę na półce z utworami w stylu „literatura w spódnicy”, Mazzantini opowiada pełną symboli historię o współczesnej kobiecie we współczesnym świecie.
Fani autorki z pewnością znajdą w „Venuto al Mondo” charakterystyczne cechy stylu autorki, który sprawia, że jej książki sprzedają się w setkach tysięcy egzemplarzy – co nic nie ujmuje jednak ich walorom artystycznym. Zaś ci, którzy twórczości Mazzantini jeszcze nie znają – zachwycą się tą historią o tym, co jest integralną częścią życia nas wszystkich – o miłości, bólu, tęsknocie i odwadze. Także odwadze podejmowania decyzji, które – choć wiadomo, że słuszne – zostawiają nas z rozdartym sercem i tysiącem wątpliwości.



Witam,
male sprostowanie do tej interesujacej recenzji. Diego, milosc zycia Gemmy, to jej drugi maz. Giuliano zas trzeci. Pierwszym mezem byl Fabio, inzynier pozbawiony pasji i fantazji, ktorego zycie jest zwyczajne, plaskie, bez wzlotow i wielkich wymagan.
Piekna powiesc… Jedna z lepszych, ktore czytalam ostatnimi czasy.