Od pewnego czasu, gdy myślę o Włoszech, przed oczami pojawia się nie tylko bezkresne, ciepłe morze, miasta w kolorze ochry, których różnorodność potrafi przyprawić o zawrót głowy czy rozciągające się do granic możliwości oliwkowe plantacje.
Gdy zamykam oczy i myślę o Italii od kilku lat pojawiają się przed moimi oczami góry.
Alpy, Apeniny, Dolomity – pasma górskie, które zachwycają swoim ogromem i przyciągają rzesze turystów.
Skoro o włoskich masywach wspominam, w mojej głowie zaczynają mnożyć się nazwiska wielkich włoskich wspinaczy. Walter Bonatti czy Reinhold Messner to już klasyka światowej wspinaczki. Od kilku lat szeregi największych włoskich zdobywców zasila również Simone Moro, którego osiągnięcia w najwyższych górach świata są imponujące. Wspomnę o tych ostatnich, jak zdobycie po raz kolejny Mount Everest w 2010 roku czy w lutym 2011 roku zdobycie wraz z Denisem Urubko oraz Cory Richardsem Gasherbrum II (8036 m n.p.m.), najniższego ośmiotysięcznika Karakorum.
Simone Moro urodził się w Bergamo. Przygodę ze wspinaczką rozpoczynał w Dolomitach pod czujnym okiem swojego ojca. Mając trzynaście lat zdobył turnie Torrione Garlini w Cornagerze, a za pierwszy górski sukces uważa wejście na Cima Grande de Lavaredo w wieku piętnastu lat. Znany z tego, że promuje Polaków, za granicą nazywany jest żartobliwie Simone Morowskim.
Wspominam o nim również przy okazji książki jego autorstwa „Kometa nad Annapurną”, która została wydana w Polsce kilka miesięcy temu nakładem wydawnictwa Stapis.
We Włoszech książka ukazała się w 2003 roku. Polski czytelnik dopiero ma teraz okazję zapoznać się ze szczegółową relacją wspinacza na Annapurnę (8091 m n.p.m.) w 1997 roku w Himalajach.
Książka, choć jest również opowieścią Simone o jego początkach w skale, powrotem do tego, od czego wszystko się zaczęło, przede wszystkim jednak ma być próbą zrekonstruowania tragicznych w skutkach zimowych wydarzeń roku 1997. Wówczas podczas próby zdobycia Annapurny zginęli jego towarzysze oraz najlepszy przyjaciel i partner w jednej osobie Anatolij Burkiejew, zdobywca jedenastu ośmiotysięczników.
Himalaiści mieli wtedy wytyczyć nową drogę na ten dziesiąty co do wysokości szczyt Ziemi. Niestety przyroda zadrwiła z ich planów i skutecznie je udaremniła. Simone jako jedyny przeżył lodowo-skalną lawinę, która niespodziewanie zeszła na wspinaczy. Tak wspomina ostatni kontakt ze swoim przyjacielem zanim rozpoczął drogę po życie:
„Trudno ująć w słowa, co wyrażały błękitne oczy Tolija. Gdybym miał zinterpretować tamto spojrzenie, ostatnie spojrzenie przyjaciela, powiedziałbym, że dało się z niego wyczytać strach połączony z niewzruszoną wolą stawienia czoła niebezpieczeństwu. Ta jedna setna sekundy była wolna od najmniejszego nawet śladu rozpaczy”.
Na pytanie po co się wspina i o co w tym wszystkim chodzi odpowiada krótko: o miłość.
„To jest moja odpowiedź na pytanie, dlaczego wspinam się w górach, ryzykuję moje życie, stabilność finansową i przyszłość rodziny. Dlatego, że kocham góry i wspinanie, a kiedy kochasz, cały jesteś szczęśliwy. Poczucie szczęścia i miłości to dwa najważniejsze aspekty w życiu. Znalazłem je właśnie w górach (…) To uczucie promienieje na resztę życia: jesteś szczęśliwym mężem, ojcem i przyjacielem”.
Trochę banalne, ale jakże prawdziwe, zwłaszcza w kontekście wspinaczki na najwyższe szczyty. Rozumie tę prostą zasadę każdy, kto przedkłada nad zwykłe życie z gazetą w ręce i ciepłą herbatą, życie odrobinę inne.
Ta miłość czyni z niego szaleńca, wariata i osobę, w oczach ludzi niewtajemniczonych, nieodpowiedzialną. Czy słusznie? Niekoniecznie. Myślę, że Simone Moro swoim życiem daje przykład jak można żyć z pasją, realizując swoje marzenia, rozwijając się i permanentnie pokonując swoje słabości.
Polskim czytelnikom i miłośnikom gór przypomnę tylko (choć tym drugim zapewne nie muszę), że włoski wspinacz zdobył w tym roku górskiego „Kolosa”, nagrodę wręczaną raz w roku podczas Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów.
Zdjęcia z archiwum autorki.





Najnowsze komentarze