Można podziwiać ją albo kilkutysięczną kolekcję jej ubrań sygnowanych największymi nazwiskami w modzie. Można podziwiać i jedno i drugie.
Można się dziwić.
Można zastanawiać się, skąd ta – skądinąd starsza – pani ma tyle energii. Można się z niej po cichu – albo głośniej – śmiać.
Można ją krytykować, nazywać papugą i klaunem, co zresztą należy do stałego repertuaru określeń, którymi bywa obdarzana. Innym określeniem, jakim często określają ją ci, którzy niekoniecznie darzą ją estymą, jest „karykatura”.
fot. flickr.com (OutsaPop Trashion DIY fashion)
Wszystko dozwolone.
Jedno jednak jest pewne – nie można wobec niej pozostać obojętnym.
Anna Piaggi – dla jednych ikona – i tu trzeba wymienić Lagerfelda, Blanika i duet Dolce&Gabbana, dla innych – antyteza ikony, ekscentryczna redaktorka mody o pomalowanych na niebiesko powiekach. Dziwaczna starsza pani, która obwieszona wisiorkami od Dolce&Gabbana, w szpilkach od Blahnika i turbanie na głowie wieszczy światu modę.
Dziś trudno stwierdzić czy Anna Piaggi jest wyrocznią mody ze względu na swoją ogromną wiedzę z tej dziedziny czy też dlatego, że jest po prostu Anną Piaggi i nikomu nawet nie przyszłoby do głowy, że mogłaby się mylić.
Ulubienica duetu projektantów D&G, muza Karla Lagerfelda, przyjaciółka Manolo Blahnika i przede wszystkim autorka Doppie Pagine czyli – dla niektórych – powodu, dla którego warto czytać włoską edycję Vogue’a.
Prowadzona przez nią rubryka to zjawisko samo w sobie – od prawie dwóch dekad lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy się modą zajmują i interesują, bywa strumieniem świadomości ekscentrycznej dziennikarki. Wszystko może ją zainspirować na napisania artykułu – kolor, szczegół, który przyciągnął jej uwagę w czasie jednego z pokazów, element biżuterii, coś lub ktoś, kogo zobaczyła na ulicy.
Naczelna Vogue’a daje jej zupełną dowolność – Anny Piaggi nie dotyczą zasady, których muszą przestrzegać inni dziennikarze. To dotyczy nie tylko tego o czym, ile i jak pisze, ale także jej niezwykłych strojów.
fot. flickr.com (ilovesorbet.blogspot.com)
W czasie pokazów łatwo ją zauważyć, a raczej – trudno przegapić, bo wśród dziesiątek ubranych w obowiązkową czerń dziennikarzy mody wyróżnia się strojem, który bardziej niż zwykłe ubranie przypomina teatralny kostium. Podobnie zresztą jak jej makijaż, od lat niemal niezmienny. Czerwone usta, mocno uróżowane policzki, wściekle niebieskie powieki. Niebieskie, doskonale ufryzowane włosy, a na czubku głowy – filuterny kapelusik albo zawadiacki turban. Do tego tony biżuterii, często od Dolce&Gabbana, których Piaggi zdaje się uwielbiać – zresztą z wzajemnością. Potrafi zestawić T-shirt z nadrukami z kreskówek ze spodniami Chanel i różowymi sandałami. I nie widzi w tym nic dziwnego. Szalony eklektyzm to jej znak rozpoznawczy.
fot. flickr.com (OutsaPop Trashion DIY fashion)
Jej imponująca, licząca kilka tysięcy sztuk odzieży, kolekcja ubrań to dla niej niewyczerpane źródło inspiracji. Mąż dziennikarki, Alfa Castaldi, śmiał się, że kiedy jadą z Mediolanu do Paryża na pokazy haute couture, muszą jechać pociągiem, bo tylko ten środek transportu może pomieścić dziesięć walizek z ciuchami, które Anna zabiera na tydzień, w trakcie którego odbywają się pokazy.
Ubrania znaczą dla niej o wiele więcej, niż dla innych ludzi. To właśnie dzięki nim i poprzez nie ekscentryczna redaktorka komunikuje się ze światem – kiedy ma się z kimś spotkać, wymyśla strój, który będzie się w pewien sposób wiązał z osobą, z którą ma się zobaczyć. Jeśli to dziennikarz – wybierze sukienkę Galliano ze wzorem druku, jeśli pianista – wybierze coś muzycznego. Wszystko dlatego, że dla niej ubranie to coś więcej niż to, co wyciągamy z szafy – dla niej to cały rytuał, sposób, w jaki wyraża siebie i sprawia, że nikt nie pozostaje wobec niej i jej kreacji obojętny. Swoje kreacje tworzy niczym teatralne spektakle, których jest nie tylko gwiazdą, ale także autorką.

fot. flickr.com (OutsaPop Trashion DIY fashion)
Początkowo nie zapowiadało się, że Anna będzie kiedyś niezależnym duchem, inspirującym największych projektantów mody na świecie.
Urodziła się w rodzinie o uniwersyteckich tradycjach, sama też odebrała staranne wykształcenie – mówi i pisze w sześciu językach.
Być może ów bunt przeciw wszelkich schematom i pragnienie bycia zauważoną narodziło się w niej w czasie pobytu w szkole z internatem, gdzie wysłała ją matka po przedwczesnej śmierci ojca Anny. Pobyt tam Piaggi do dziś wspomina jako dosyć „ciężki”.
Może właśnie dlatego później postanowiła podróżować na własną rękę i stała się Anną Piaggi, którą znamy.
Niebawem po powrocie ze swoich wojaży – pracowała między innymi jako opiekunka do dzieci – zaczęła pracę w agencji prasowej jako tłumacz. Tam właśnie poznała swojego pierwszego męża, fotografa Alfę Castaldiego. Wtedy też zaczęła się jej trwająca całe życie przygoda z artystyczną bohemą, którą darzy niesłabnącą miłością. Z wzajemnością.



Od czasu do czasu na portalu włoskiej edycji Vogue można oglądać krótkie filmiki, w których Anna Piaggi opowiada o modzie.