Jeśli ktoś oglądał romantyczną komedię „Pod słońcem Toskanii” i myśli, że film jest wierną kopią książki pod tym samym tytułem, to bardzo się myli. Książka jest znacznie lepsza! I żaden prawdziwy miłośnik Włoch nie może jej ominąć.
Hollywood rządzi się swoimi prawami i lubi poprawiać to, co poprawiania absolutnie nie wymaga. Chodzi o to, aby dużo się działo, finał był romantyczny, a bohaterowie nie ustawali w poszukiwaniu nowych atrakcji w swoim życiu. W opowieści Frances Mayes działo się widać za mało, gdyż amerykańscy filmowcy postanowili coś od siebie dorzucić. Pojawiło się kilka nowych wątków i postaci, a dla urozmaicenia także parę widoków z Rzymu i Amalfi. Powstało dzieło zgrabne i miłe, które z czystym sumieniem możemy obdarzyć sympatią. Ale potem koniecznie weźmy do ręki książkę, bo to ona naprawdę opowiada o słońcu Toskanii.
Wszystko zaczyna się dość typowo, znamy tę sytuację z wielu książek. Oto autorka dość nieoczekiwanie podejmuję decyzję o radykalnej zmianie w swoim życiu i postanawia osiąść w zupełnie innej części świata. Tym razem mamy do czynienia z Toskanią, a Frances Mayes dla cyprysów i oliwek przyleciała aż z amerykańskiej Georgii. Dość typowy wydaje się także zestaw niespodzianek, które przydarzają się bohaterce – dom wymaga remontu większego, niż się zapowiadało, fachowcy od poprawek budowlanych okazują się fachowcami wyłącznie od robienia wrażenia, a pierwsze próby okiełznania natury kończą się niepowodzeniem. Wielu pisarzy poprzestaje na tej warstwie, mnożąc barwne opisy trudnych początków i spektakularnych zwycięstw nad miejscowymi. Frances postępuje inaczej. Ona oswaja nowy świat, wtapia się w niego, staje się jego fragmentem. Jej amerykańska dusza z wolna staje się coraz bardziej toskańska i w pewnym momencie przesiadywanie na tarasie przestaje być tylko odpoczynkiem po trudach remontu, ale staje się po prostu byciem w Toskanii.
Frances odkrywa piękno prostoty, także w kuchni. Sięga po zioła, uczy się rozpoznawać miejscowe smaki, zakochuje się w oliwie. W swojej książce opowiada nie tylko o tych ulotnych chwilach, gdy świat staje się piękniejszy, ale też o codzienności, w której nie brak szczęścia, bo jest słońce, bazylia i spokój. Jest też ciężka praca, ale i ona może sprawiać wiele radości, bo u celu pracy jest solidny mur, smaczny posiłek i odpoczynek z najbliższymi. I choć Frances Mayes nie zrezygnowała całkiem z życia w Ameryce, to opowieść o odkrywaniu i oswajaniu Toskanii jest najlepszym dowodem na to, że jej dusza jest już na wskroś toskańska. Pozostaje mieć nadzieję, że i nam kiedyś uda się poczuć taką radość życia.



Najnowsze komentarze