Przedstawiamy ciąg dalszy wywiadu z Dorettą Bragą, autorką książki „Mój syn, anioł, który zechciał żyć”.
- Książka jest bardzo osobista, opowiedziała pani o sprawach intymnych i bolesnych – jak strata pierwszego dziecka czy pierwsze miesiące po narodzinach Maksymiliana. Dzielenie się tak osobistymi przeżyciami musiało być trudne. Zatem książkę napisała pani dla siebie, traktując ją jako swoistą terapię, czy dla innych ludzi, którzy są w podobnej sytuacji?
- Sama zadawałam sobie to pytanie. Przez chwilę było mi wstyd, zastanawiałam się czy napisanie książki było słuszne. A potem pomyślałam: “Jeśli z tej książki przynajmniej jedna osoba dostanie tę wiadomość, którą chcę przekazać – będzie dobrze, to znaczy, że całe przedsięwzięcie miało sens.“ Bo tylko we współodczuwaniu, dzieleniu się, w tym, że nie jesteśmy sami, że mamy pewne nadzieje, można znaleźć siłę, żeby pokonać przeszkody i lepiej radzić sobie z życiem. Wiele matek dziękowało mi za napisanie tej książki i podzielenie się moim doświadczeniem. Dziękują mi zwłaszcza te matki, które tak jak ja mają aniołki, bo odnalazły się, czytając książkę, znajdując w niej emocje, które były także ich udziałem. Oczywiście książka stała się dla mnie także autoterapią. Na jej stronach zostawiłam ból, który nosiłam w sobie, a usunięcie którego stworzyło miejsce dla lepszych, bardziej konstruktywnych uczuć.
- Kiedy przyszła akceptacja sytuacji, faktu, że pani synek był inny?
- To był proces. Najpierw zadawałam sobie bezsensowne pytanie “dlaczego mnie to spotkało?“, które później stało się pytaniem: „a dlaczego nie?“. Myślimy zawsze, że jesteśmy chronieni, że pewne bolesne sprawy nas ominą… Ale tak nie jest. Sekretem jest zaakceptowanie tego.
- Pierwsze miesiące po narodzinach Maksymiliana były wyjątkowo trudne. Czy musiała się pani nauczyć kochać syna, czy miłość przyszła naturalnie?
- W pierwszych miesiącach wydawało mi się, że żyłam życiem kogoś innego, nie chciało mi się wierzyć, że to wszystko rzeczywiście się wydarzyło. Później, powoli, widząc to moje dziecko, które każdego dnia otwiera oczy i się uśmiecha, moje nastawienie się zmieniło. Ta siła przyszła od niego.
- Jakie są najważniejsze problemy w życiu z osobami takimi, jak Maksymilian?
- Dla mnie to myślenie o przyszłości, kiedy mnie i męża zabraknie i zostawimy Maksa samego. Dlatego dochód z książki został przeznaczony na projekt „Dopo di noi“: Casa di Mario (Po nas: Dom Mario), który jest domem założonym przez rodziców, gdzie nasze dzieci zostaną przyjęte, kiedy my, ich rodziny nie będą mogły już się nimi opiekować. Właśnie dom, a nie organizacja czy instytut, gdzie nasze dzisiejsze dzieci, nasi dorośli jutra, będą mogli poczuć się jak w domu.
- W książce czytamy, że syn podarował pani bardzo wiele, że wiele się pani od niego nauczyła. A więc kto jest nauczycielem, pani czy on?
- Maksymilian zawsze był i jest moim nauczycielem. Zmienił skalę moich wartości, przynosząc właściwe priorytety i sprawiając, że zrozumiałam, że rodzina i miłość to sprawy, które naprawdę się liczą – przedtem moim priorytetem była praca… Nauczył mnie także życia tu i teraz, bez myślenia o przeszłości i robienia dalekosiężnych planów na przyszłość, bez marnowania chwili.
fot. flickr.com (His Noodly Appendage)
- Jakie były reakcje środowiska, innych ludzi? I jakie są teraz?
- Szczerze mówiąc nigdy mnie to za bardzo nie interesowało. My to my, i kropka. Opowiem pani anegdotę: Maksymilian bardzo lubi, kiedy mu śpiewam, więc robię to często, także na ulicy. Któregoś dnia wychodziliśmy ze szpitala, ja śpiewałam Massiemu, a on uśmiechał się, szczęśliwy. Pewnie pan się zatrzymał i patrząc na nas powiedział: “ W końcu widzę kogoś, kto jest szczęśliwy“.
- Co może pani poradzić innym rodzicom, którzy ciągle jeszcze się nie przyzwyczaili do sytuacji?
- Oglądać życie nie tylko naszymi oczami, ale także oczami naszych dzieci. I z ich humorem.
- Pracuje pani dla Stowarzyszenia Rodziców Naszej Rodziny. Czym dokładnie zajmuje się ta organizacja?
- Cele organizacji to przede wszystkim ochrona praw naszych dzieci i edukowanie rodzin, w których są dzieci specjalnej troski. Robimy to w taki sposób, żeby stworzyć relacje z rodzinami, żeby nie czuły się osamotnione. To jeden z najważniejszych problemów, z którym boryka się wiele rodzin.
- Czy ma pani coś do powiedzenia ludziom, którzy – odkrywszy, że ich dzieci byłyby upośledzone – zdecydowali się na inne rozwiązanie? Zasługują na potępienie, bo nie znaleźli w sobie wystarczająco dużo odwagi i cierpliwości, niezbędnych do wychowywania dziecka sprawnego inaczej?
- Myślę, że każdy z nas, kto decyduje się na dziecko, ma nadzieję, że będzie „normalne“. To było ważne także dla mnie. Bo „normalność“, w ogólnym rozumieniu, to stan, w którym wszyscy żyjemy i chcemy pozostać. Wyjście z tego stereotypu niesie ze sobą ogromną trudność, aż do momentu, w którym zaczynamy rozumieć, że każdy ma swoją własną normalność.
Nie mogę oceniać tych, którzy wiedząc, że ich dzieci byłyby inne, zdecydowali się ich nie mieć. To rzecz bardzo osobista, każdy dokonuje wyboru w zależności od sytuacji, w jakiej się znajduje, I własnych sił. Czasami także w zależności od poziomu egoizmu. Ale to problem zbyt delikatny, żeby wyrażać ogólne opinie. Ja zdecydowałam się nie robić testów, bo wiedziałam, że jakie by nie było moje dziecko, tak bym je przyjęła. Ale mogę mówić tylko za siebie.
- Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Anna Dudek



Najnowsze komentarze