Czy można o rodzinnych dramatach i tajemnicach mówić w konwencji komediowej, nie tracąc przy tym mądrości i głębszego sensu opowieści? Ten film udowadnia, że jest to możliwe. Mało tego, dzięki połączeniu tonów poważnych i radosnych powstał obraz niezwykle piękny, urokliwy i emocjonalny.
Historia jest na pozór prosta i dla miłośników dobrego kina nieco niebezpieczna, rodzi bowiem podejrzenia, że lada chwila filmowo zdominuje nas społeczny dramat i odrzucenie. Oto Tommaso chce się wreszcie przyznać swojej rodzinie, że wcale nie studiuje ekonomii, jak utrzymywał przez ostatnie lata, nie chce też zostać następcą swego ojca w prowadzeniu rodzinnej fabryki makaronu, gdyż marzy mu się kariera literacka. A co gorsza, nie planuje założyć tradycyjnej rodziny i dać swemu ojcu gromadę wnuków, ponieważ kocha mężczyznę. Krok to niezwykle odważny w prowincjonalnej rodzinie z południa Włoch. Tommaso wie, że ojciec nie zaakceptuje takich życiowych wyborów i zapewne wyrzuci go z domu. Jest na to gotów. Jednak w ujawnianiu tajemnic uprzedzi go brat, który niespodziewanie wyzna, że jest gejem. Wszystko się komplikuje, Tommaso staje przed koniecznością przejęcia rodzinnego biznesu i podtrzymywania na duchu zrozpaczonego ojca. Nie taki miał plan…
Krytycy filmowi trochę marudzą, że film odświeża zgrane, nieco już zwietrzałe tematy. Ambicją tego filmu nie jest jednak szukanie zupełnie nowych problemów społecznych, lecz pokazywanie starych strachów w nowej formie. Reżyser, Ferzan Ozpetek, nie po raz pierwszy sięgnął po dramat rodzinny, tym razem zdecydował się jednak na lekki ton opowieści i nastrój pełen radości. Powstał film, na którym widz na zmianę uśmiecha się i śmieje, trzyma kciuki za wszystkich członków tej nieco dziwnej rodziny, a z kina wychodzi przepełniony wiarą w to, że miłość naprawdę ma moc uzdrawiającą.
I choć to wszystko zdaje się przypominać schemat komedii romantycznej, absolutnie nie jest to kolejny ckliwy film z westchnieniami w tle. To opowieść o odwadze, która komplikuje życie, ale czyni je bardziej wartościowym. O tym, że trzeba żyć na własnych warunkach, nie zrzucając na innych winy za własne niepowodzenia. To także film o szukaniu radości życia i realizowaniu marzeń, nawet tych najmniej prawdopodobnych. „Mine Vaganti” spodoba się wszystkim tym, którzy przeczuwają, że dobre życie istnieje, a także tym, którzy na przekór ogólnej apatii wierzą, że zmiany są możliwe. A jesienią warto pójść na ten film z jeszcze jednego powodu – aby doładować się włoskim słońcem, radością i iskrzącym poczuciem humoru.






Najnowsze komentarze