To absolutnie nie jest film dla niecierpliwych ani dla tych wszystkich, którzy od długich ujęć przyrody wolą efektowne pościgi. Nie dość, że nikt się tu nie ściga, to nawet nikt z nikim nie rozmawia. Ale w zadziwiający sposób ta opowieść wciąga i nie pozostawia obojętnym.
Na 10. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym „Era Nowe Horyzonty” we Wrocławiu „Le quattro volte” dostał nagrodę publiczności, która przez wielu twórców uważana jest za jedną z najważniejszych, ponieważ to nie znudzeni krytycy, ale żywo reagujący widzowie decyduje o jej przyznaniu.
Film laury zdobywał też na festiwalach w Kopenhadze, Bratysławie, Monachium, Reykjaviku i Cannes. Podbił serca widzów i krytyków wszystkich ambitnych przeglądów filmowych.
Nie dziwiłoby to pewnie tak bardzo, gdyby film iskrzył się od świetnych dialogów, a bohaterowie przekonywali nas do siebie, zmieniając kostiumy i dekoracje. Tymczasem mamy jednego starca, jednego psa i stado kóz, a rzecz dzieje się w małej kalabryjskiej wsi, gdzie czas się zatrzymał. Na dodatek pewnego dnia starzec umiera i pozostaje już tylko przyroda – wielkie drzewo stojące samotnie poza wsią, pies obszczekujący sąsiadów i powiększające się stado kóz, od którego odłącza się pewna mała kózka i samotnie wędruje po okolicy.
Przyznaję, że to nie brzmi zachęcająco. Ale po pierwszym zdziwieniu konwencją wchodzimy w to i dajemy się uwieść powolności czasu, niezmienności pejzażu, następstwom losu i kadrów. Przestajemy nerwowo patrzeć na zegarek, bawi nas scena, w której pies terroryzuje przechodzących drogą mieszkańców, wzruszamy się, gdy mała zagubiona koza płaczliwie nawołuje swoje stado, a potem żal nam wielkiego drzewa, które zostaje ścięte i przerobione na węgiel drzewny, by potem trafić do pieców w wiosce. Jest w tym filmie sporo filozofii, można doszukiwać się wielu tropów i znaczeń ukrytych, ale nie trzeba, bo i bez tego film zaprasza nas do środka i pozwala poczuć głęboki spokój i równowagę. Bo tak naprawdę właśnie o tę wszechogarniającą równowagę i poukładanie świata tu chodzi.
Pewnie do podobnych wniosków można by dojść w bardziej spektakularny sposób, ale być może wtedy nie byłoby to tak trwałe. Konwencja tego filmu zmusza do zatrzymania się, do pomyślenia. Trzeba samemu coś poczuć i zrozumieć. Surowy pejzaż włoskiego południa w magnetyczny sposób buduje przestrzeń filmu, a drobne gesty i czynności po zanurzeniu się w ten świat przestają być drobne. I to właśnie jest ta siła, dla której warto pobyć przez półtorej godziny w ciszy tego kalabryjskiego misterium.



Pani opowieśc o filmie ” Le quattro volte” przywołała w mojej pamięci inny film pt.”Wielka cisza” opowiadającym o życiu wewnątrz klasztoru słynnnego Zakonu Kartuzów w Alpach, w którym obowiązuje reguła milczenia. W tym filmie, podobnie jak w filmie „Le quattro volte” świat jest poukładany i życie toczy się w/g rytmu codziennie powtarzanych tych samych zajęc. Głęboki spokój i równowaga bije z ekranu podczas oglądania tego filmu. Z chęcią więc obejrzę film „Le quattro volte”, bo szukam takich wrażeń w kinie i w życiu również. Bożena