Tilda Swinton w roli pięknej Rosjanki, która po latach bycia bogatą Włoszką z wyższych sfer nagle zatraca się w świecie pasji i namiętności, dalekim od wszystkiego, co dotychczas znała… Brzmi intrygująco? To obejrzyjcie film „Jestem miłością”.
Film zaczyna się jak saga rodzinna. Oto przy stole spotyka się cała rodzina Recchich, bogatych mediolańczyków, którzy wiodą życie pełne luksusu, z dala od codziennych problemów, szarzyzny i chaosu. Wszystko w ich świecie jest starannie zaplanowane, uładzone, pozbawione przeszkód, ale też emocji.
Emma Recchi, żona przemysłowca Tancrediego, wydaje się być szczęśliwa w tym idealnym świecie. Wydaje się być… Kiedy bowiem w jej życiu pojawia się Antonio, kucharz, ale przede wszystkim przyjaciel syna, misternie budowany domek z kart zacznie się chwiać. To, że tych dwoje połączy uczucie, wiadomo już od pierwszej wspólnej sceny, nieznana jest tylko cena tego związku. A ona okaże się bardzo wysoka.
Tilda Swinton w roli Emmy jest zjawiskowa. To ona buduje napięcie w tym filmie, wokół niej skupiają się wszystkie emocje i drżenia. Wobec jej oszczędnej, ale przejmującej gry bledną pozostałe postacie tej opowieści, nawet te, które powinny dotrzymywać jej kroku. To tym bardziej podkreśla samotność Emmy, jej wyobcowanie w świecie, z którym mimo upływu lat wciąż nie czuje się związana. Saga rodzinna z wolna przechodzi w dramat, na portrecie idealnej rodziny pojawiają się rysy, wśród pozorów niespostrzeżenie ukazuje się prawda. Coraz trudniejsza do zniesienia. Kucharz, który żyje i gotuje z pasją i szczerością, zdaje się być kluczem do prawdziwego wyzwolenia.
Do tego momentu film jest spójny i wysmakowany, potem pozostaje mu głównie piękno. Gdzieś gubi się po drodze staroświecki urok niespiesznej narracji, zatraca się wielowątkowy portret współczesnego świata. Emma, która wdrapuje się do swojego namiętnego raju po ramionach najbliższych, pozostawiając za sobą nie tylko odrzucony świat, ale również to, co kochała, wydaje się mniej przekonująca niż kobieta z początku filmu. Chcemy wierzyć, że wyzwolenie jest możliwe, ale po tak subtelnym i wielowarstwowym filmie można by oczekiwać rozwiązań mniej melodramatycznych. Ostatnie sceny sprawiają wrażenie zbyt pospiesznych, jakby sam reżyser bał się, że straci wiarę w swój pomysł.
Tym, co jest w filmie absolutnie piękne i nie podlega dyskusji, są zdjęcia i muzyka.
Yorick Le Saux filmuje bardzo dynamicznie, łamie zdjęciowe konwenanse, podnosi ciśnienie podczas gwałtownej pracy kamery. Podróż Emmy z Antoniem po krętych drogach w drodze do jego domu przyprawia o szybszy oddech, jakby przygotowując na wszystko to, co wydarzy się później. A później jest jeszcze piękniej. Scena na łące, gdy namiętność dwojga kochanków splata się z rytmem natury, umiejętnie wydobytym przez fenomenalną warstwę dźwiękową, należy do absolutnych pereł filmowych.
Luca Guadagnino zrobił film piękny i wysmakowany, szkoda tylko, że pod koniec zdecydował się na ucieczkę od samego siebie w stronę Hollywood.



Najnowsze komentarze