Najnowszy film Carlosa Saury zachwyca estetycznie, nawiązując do poprzednich filmów tego hiszpańskiego reżysera, w których urzekająco pięknym obrazom towarzyszyła muzyka i taniec. Tym razem znajdujemy się w osiemnastowiecznej Europie i obserwujemy, jak pewien młody wenecjanin przystępuje do pisania dzieła swego życia.
Zanim jednak Lorenzo da Ponte, bo o nim mowa, zaczął pisać libretto do opery „Don Giovanni”, spędził pełną dramatycznych zwrotów młodość w Wenecji. Naprawdę nazywał się Emanuele Conegliano i był Żydem, którego zmuszono do przyjęcia chrztu. To były niespokojne czasy, w mieście szalała inkwizycja, a młodzieniec ów, przywdziawszy sutannę, pisał libertyńskie wiersze, które czytane były potajemnie w całej Wenecji. Gdy prawda wyszła na jaw, musiał opuścić miasto. Za namową swego przyjaciela i mentora, przy okazji sławnego uwodziciela i libertyna, Giacoma Casanovy, wyjechał do Wiednia, gdzie tworzył wówczas genialny Mozart, a zazdrosny Salieri już knuł rozliczne intrygi. Jedną z nich było zlecenie niedoświadczonemu wenecjaninowi napisania libretta do opery Mozarta. Miała być spektakularna klapa, wyszło arcydzieło – „Wesele Figara”. Po czym obaj panowie przystąpili do tworzenia kolejnej opery, tym razem zasiedli nad „Don Giovannim”.
To, co w tej historii najciekawsze, to powiązanie losów Don Giovanniego, Giacoma Casanovy i Lorenza de Ponte. Wszyscy trzej nie opierali się pokusom, zwodzili i uwodzili, oszukiwali, uciekali, grzeszyli, nie mając przy tym absolutnie poczucia winy. Don Giovanni został za to przykładnie ukarany, Casanova dożył spokojnej starości, opisując swe przygody w nader ciekawych pamiętnikach, a Lorenzo da Ponte zakochał się i w prawdziwym uczuciu odnalazł spokój, przynajmniej w filmie.
Choć materiał fabularny jest pełen emocji i zwrotów akcji, dzieło Carlosa Saury zachowuje emocjonalny chłód, kładąc nacisk głównie na wyciągnięcie z tej historii estetycznego piękna. Rzeczywiście nie brak go tutaj – są efektownie upozowane sceny, pełne przepychu dekoracje, teatralna stateczność i operowa podniosłość. Kto widział “Amadeusza” Milosa Formana, ten może poczuć się rozczarowany, trzeba jednak pamiętać, że Saura nie poszukuje szalonych źródeł geniuszu. On tworzy piękny obraz, rodzaj zmysłowego fresku, który zaprasza, by spojrzeć głębiej, sam jednak skupia się na swej efektownej powierzchowności. Film spodoba się, co oczywiste, wielbicielom muzyki Mozarta i miłośnikom niezwykłych zdjęć Vittoria Storaro, ale także tym wszystkim, którzy lubią dobre historie, które u swych podstaw mają prawdę.






Najnowsze komentarze