W polskich kinach pojawia się właśnie film, który kilka miesięcy temu zeelektryzował opinię publiczną w Europie. Zapowiadał się skandal obyczajowy, skończyło się na nagrodach i powszechnym uznaniu. Skąd takie poruszenie?
Słowa „habemus papam” są szczególnie dobrze znane Polakom, po wielokroć bowiem przypominano tam tę formułę poprzedzającą pojawienie się na balkonie nowo wybranej głowy Kościoła. “Mamy papieża” ogłoszono światu 16 października 1978 roku, a po chwili oczom zgromadzonych na Placu Świętego Piotra ukazał się przybyły z dalekiego kraju Karol Wojtyła, stając się papieżem Janem Pawłem II. „Mamy papieża” powtarzano przed pojawieniem się każdego jego poprzednika i wypowiedziano także, gdy Stolicę Piotrową obejmował jego następca, Benedykt XVI.
Film „Habemus papam” zaczyna się od pogrzebu Jana Pawła II, jednak Nanni Moretti, uprzedzając wszelkie spekulacje, podkreśla, iż bohaterem nie jest obecny Ojciec Święty. To opowieść o postaci fikcyjnej, choć sytuacja ta mogłaby się zdarzyć każdemu papieżowi, który choć przewodzi wielkiemu Kościołowi, jest przecież człowiekiem i jego także dotyczą ludzkie słabości.
Wszystko zaczyna się zgodnie z regułami gry. Po śmierci poprzedniego papieża zbiera się konklawe i następuje wybór głowy Kościoła. Na słynnym balkonie padają słowa „habemus papam”, nadchodzi czas, by nowy papież ukazał się oczom wiernych. I tu kończy się watykański spokój, papież nie radzi sobie bowiem z lękiem i ucieka. Wszystko, co będzie działo się potem, jest próbą uratowania sytuacji. Papież (w tej roli rewelacyjny Michel Piccoli) stara się opanować, ale strach jest silniejszy niż zdrowy rozsądek. Rzecznik prasowy Watykanu (równie doskonały Jerzy Stuhr) przekonuje, tłumaczy, w końcu sprowadza psychoterapeutę (popis umiejętności reżysera i współscenarzysty Nanniego Morettiego).
Przez chwilę wydaje się, że sytuacja zaczyna się prostować, ale właśnie wtedy rzecznik prasowy odkrywa, ze papież zniknął. Kłamstwo staje się wielopiętrowe, bo już nie tylko wierni myślą, że papież w swych apartamentach modli się o spokój duszy, w tę fikcję wierzą także zgromadzeni na konklawe kardynałowie i znudzony psychoterapeuta, którego nie dopuszczają do jego niezwykłego pacjenta. Tymczasem papież samotnie wędruje po Rzymie i stara się odpowiedzieć sobie na pytanie, czego tak naprawdę pragnie w życiu…
Film zaczyna się komediowo, nie brak w nim scen bardzo zabawnych, by wspomnieć choćby psychoterapię papieża prowadzoną przy wszystkich kardynałach uczestniczących w konklawe. I kiedy widz zaczyna się przyzwyczajać do lekkiego tonu tej opowieści, nastrój zmienia się, nabiera kameralności i powagi. Znikają proste odpowiedzi. Sami już nie wiemy, co jest najlepsze dla tego pięknego człowieka, który szuka samego siebie w obcym świecie. Kiedy wreszcie wraca do Watykanu, wychodzi na balkon tuż po słowach „habemus papam” i zaczyna przemawiać, wydaje nam się, że wszystko wróciło do równowagi, ale chwilę później znów nie jesteśmy tego pewni. Na szczęście sam papież już wie…
Warto pójść na ten film, bo dawno nie było na naszych ekranach tak ciepłego i mądrego filmu, w którym dramat człowieka został opowiedziany z delikatnością, wyczuciem i wdziękiem. Polecam!



Najnowsze komentarze