Marynarz po wielu miesiącach spędzonych na morzu, z dala od rodziny i codziennego posiłku przygotowanego przez żonę, schodząc na ląd, myśli tylko o tym, by w końcu zjeść coś co nie przypomina ryby, nie ma zbyt wiele wspólnego z morzem, a do tego porządnie syci.
Dobra żona, uprzedzona o powrocie męża, oczekuje go w domu wraz z przygotowanymi posiłkami, na które on tak liczy. Wie, że mąż w najbliższym czasie będzie gardził rybą i jest to ostatnia rzecz, której by chciał w dniu powrotu, dlatego przygotowała dla niego drożdżowy placek z rozmarynem na pierwszy głód, a na kolejny – makaron z pesto.
Kiedy marynarz ponownie będzie wyruszał w drogę, jego żona kilka dni wcześniej już zacznie piec posiłki na pierwszych kilka dni choćby, żeby po ryby mógł sięgnąć dopiero, gdy naprawdę nabierze na nie ochoty.
To nie opis filmu czy książki, lecz typowa historia każdej liguryjskiej rodziny, wiele lat temu, oczywiście.
Liguria to kraina marynarzy, słynnych żeglarzy – by wspomnieć choćby o najsłynniejszym z nich, Krzysztofie Kolumbie. Paradoksalnie, ryby i owoce morza to jedne z ostatnich potraw, które marynarze i rybacy w tym regionie skłonni są widzieć na swoich talerzach. Może się to wydać dziwne, jednak wyobraźmy sobie, że jedzą potrawy z morza większą część roku, zawsze będąc poza domem – można mieć dość? Myślę, że tak. Właśnie dlatego ojczyzną najpopularniejszego po pizzy ciasta (nie na słodko!) jest Liguria.
Focaccia to nic innego jak drożdżowy placek, a wariantów smaku może być nieskończenie wiele – ograniczyć nas może jedynie wyobraźnia. Pamiętajmy jednak, że najważniejszym składnikiem jest (najlepiej) tutejsza oliwa z oliwek.
Najczęściej jednak spotykamy focaccię z rozmarynem lub szałwią, często tylko z oliwkami, zdarza się z cebulą lub serem. Nietrudno też trafić na rodzaj bardziej pulchnego ciasta, wtedy jest przyrządzony na przykład z pomidorkami koktajlowymi, karczochami lub dynią. Oprócz oliwy, nieodzownym składnikiem tego twardego placka są grube kryształki soli, którą się ją posypuje – właśnie ta z solą to klasyczna focaccia alla genovese.

fot. flickr.com (micamica); powyżej: flickr.com (Tiziano Caviglia)
Warto wspomnieć, że będąc w okolicach Cinque Terre trudno mi było trafić na typowe colazione - robiąc poranne zakupy, zawsze wypijałam espresso, do którego absolutnie konieczne jest zjedzenie croissanta – tak jest w każdej części Włoch.
Ale nie w Ligurii. Tu od rana zjada się focaccię, właśnie wtedy jej lżejszą wersję, czyli tłusty placek drożdżowy, bez soli, oliwek, pomidorów. Taka nasza drożdżówka. Ja jednak w godzinach porannych wolałam brioche, dlatego z pewnością uznawano mnie od razu za turystkę.
Sposób przyrządzania focacci nie zmienił się od czasów średniowiecza – wieczorem należy zagnieść ciasto i pozostawić je w kuchni, aby wyrosło, a wczesnym rankiem można ją dopiero wyjąć z pieca. Elena Kostioukovitch w „Sekretach włoskiej kuchni” pisze o tym, że istnieje pewien dokument, właśnie z czasów średniowiecza, discplina (dekret), w którym krok po kroku jest opisane, w jaki sposób należy przyrządzać focaccię. Znajdziemy tam m.in. informację o tym, że nie można jej przygotować w czasie krótszym niż 8 godzin, placek musi zawierać minimum 6% liguryjskiej oliwy extra virgin, powinna być również miękka wewnątrz i lekko chrupiąca z zewnątrz.

fot. flickr.com (djwtwo)
Focaccia w restauracjach często podawana jest przed pierwszym daniem, na tzw. „pierwszy głód”, jednak ja traktuję ją jako przekąskę, najchętniej zjadaną w ciągu dnia. Jeśli lubicie drożdżowe ciasto (a któż z nas nie lubi?), nie muszę Was zachęcać do jej zjedzenia.

fot. archiwum prywatne autorki



Najnowsze komentarze