Nie jeżdżę na nartach. Nie. I już. Nie o tym tu chciałam pisać. Za to jeżdżę z narciarzami na narty (i niestety czasami też po szpitalach). A jadąc z grupą, trzeba się do wyjazdu przygotować. Tajniki wiedzy pilockiej zgłębia się przez lata, ale trema i tak zawsze pozostaje, zwłaszcza gdy się jedzie w dane miejsce po raz pierwszy. Tak też było z moim pierwszym wyjazdem narciarskim parę lat temu. Nie dość, że nowa grupa klientów – narciarze (kto to taki i czego się po nich spodziewać?), to jeszcze na dodatek nowe zakątki Italii – bowiem ciężko się spodziewać po tradycyjnych objazdówkach, pielgrzymkach czy wycieczkach wiosenno-letnio-jesiennych, by odwiedzały górskie rejony Włoch. Zatem oczywiście mnóstwo czasu poświęciłam, by się o górskich regionach we Włoszech „naczytać”. Przerzucając stosy internetowych i prasowych artykułów, w większości trafiałam na hasło bombardino.
Z grupą dałam sobie radę. Pierwszy dzień szusowania zachwycił wszystkich świetnymi warunkami śniegowymi i pięknym słońcem, więc moi narciarze ledwie odebrali karnety, już szusowali. A ja oczywiście wyruszyłam na poszukiwania – no bo jak to opowiadać o czymś, a nie znać z autopsji? Miałam nadzieję, że specjał jest serwowany nie tylko w schroniskach hen wysoko na stoku i nie przeliczyłam się. Zachęcający napis reklamujący ów trunek widniał już w pierwszym barze, który był zarazem ciastkarnią piekącą mnóstwo własnych słodkich wypieków.
Działo się to w Piemoncie, więc obawiałam się o autentyczność lombardzkiego bombardino, ale i tak postanowiłam skosztować. Naczytałam się o składnikach i z zapartym tchem śledziłam ruchy barmana, sprawdzając czy nie spróbuje zaoferować mi jakiejś marnej podróbki. Trunek został przyrządzony należycie i wtedy padło pytanie: „Con panna?„. No tak, oczywiście, że z bitą śmietaną, bo wszędzie piszą, że ma być właśnie z bitą śmietaną.
Na marginesie muszę nadmienić, że mieszanka gorącego likieru vov, który można porównać z naszym ajerkoniakiem i brandy podana z bitą śmietaną niekoniecznie by mnie urzekła smakowo, ale chciałam choć raz spróbować tego specjału w takiej formie, w jakiej winien być podawany.
Zatem: „Si, certo, con panna„. I tu musiałam chwilę poczekać, bo barman gromko zakrzyknął na zaplecze, by zawezwać, jak się okazało, samego cukiernika. Ten wkroczył do baru (strój przepisowo biały, na głowie wysoka biała czapka), dzierżąc w obydwu rękach olbrzymią tubę. Jak się robi w domu tort, to urocze „loczki” wyczarujemy na nim za pomocą miniaturowego urządzenia, ale nasz pan cukiernik miał do ozdobienia pewnie kilkadziesiąt różnych smakołyków i w związku z tym „loczki” na torcie wyczarowywał za pomocą tuby mogącej pomieścić z 10 litrów bitej śmietany… Oderwany zatem od jakiejś pracy dekoratorskiej, wkroczył do baru, by moje bombardino ozdobić przepisową bitą śmietaną. I to był jeden jedyny raz, kiedy piłam we Włoszech bombardino z prawdziwą ubitą śmietaną, a nie z erzacem w sprayu.
Teraz zatem jeszcze fachowe objaśnienie, co to takiego i skąd się wzięło?
O początkach trunku opowiada legenda. Zatem: w górskim kurorcie Livigno położonym na północy Lombardii bliziutko granicy ze Szwajcarią (narciarze z pewnością skojarzą określenie Alta Valtellina) w 1958 roku powstał nowy areał sportowy Mottolino (zimą trasy, wyciągi, schroniska, obecnie także snowpark, a latem coś dla amatorów wyczynowej jazdy na rowerach). To tam właśnie pewien młody genueńczyk prowadził górskie schronisko po tym, jak opuściwszy nadmorskie, rodzinne strony, postanowił wieść żywot górala.
Pewnego zimowego popołudnia odwiedziło go czterech przyjaciół. Zmarznięci wkroczyli do schroniska, chcąc się rozgrzać. Gospodarz postanowił zdać się na pomysłowość swoich gości, którzy przyrządzając różne mieszanki doszli w końcu do wniosku, że najbardziej obiecujący będzie koktajl przyrządzony z gorących składników takich jak: mleko, whisky i likier vov.
Nowo powstałej specjalności lokalu kosztowali obecni w schronisku klienci. Jeden z nich wykrzyknął: „Accidenti! È una bombarda!” I w ten sposób nowy trunek otrzymał swoją nazwę. (Jak przesadzicie z bombardino we włoskim barze, to przekonacie się, że Włosi utworzyli też czasownik od nazwy trunku, bo spytają: „Sei un’po’ bombardato, vero?„).

W miarę upływu czasu bombardino ewoluowało – mleko zostało zastąpione przez bitą śmietanę, zamiast whisky pojawiła się brandy. Początkowo młody genueńczyk chciał mieć monopol na swoje bombardino, ale pomysł na rozgrzewający trunek podchwyciły inne schroniska. Dziś bombardino nie jest specjalnością li tylko lombardzką choć stamtąd pochodzi. Serwują je we wszystkich włoskich kurortach narciarskich.
Z czasem powstały różne warianty rozgrzewającego trunku. Oprócz tradycyjnego bombardino (vov + brandy + bita śmietana) pojawiły się:
* calimero (espresso zamiast brandy- ciut mniej procentów, a kofeina stawia na nogi)
* scozzese (whisky zamiast brandy, czyli wersja „szkocka”)
* pirata (rum zamiast brandy).
Jednak każdy bar i schronisko może mieć własny wariant rozgrzewającego specjału. Można spotkać się z bombardino, w którym będzie espresso albo rum, a określenia calimero czy pirata będą barmanowi obce. Można dostać sam gorący likier vov. Bardzo często podadzą nam także bombardino i z rumem, i z kawą, i z bitą śmietaną, bowiem likier vov występujący w sprzedaży już będzie miał dodatek rumu.
Czy można to zrobić samodzielnie? Oczywiście, choć nie wiem, czy bombardino w domowym zaciszu smakuje równie dobrze jak w otoczeniu alpejskich szczytów połyskujących w słońcu bielą śniegu, pod błękitnym włoskim niebem.

We włoskich sklepach spożywczych spotkamy żółty likier jajeczny vov (do niego teoretycznie trzeba dodać rum) albo gotowe bombardino (teoretycznie już z rumem).
Opisy na etykietkach obalą legendę o powstaniu bombardino, bo mówią, że likier wynaleziono w XIX wieku i był przysmakiem w latach 30. wieku XX….
Jeśli zapas nam się skończy, możemy ten składnik zastąpić naszym ajerkoniakiem (choć jak twierdzą znawcy – tylko w ostateczności).
Likier jajeczny należy podgrzać, co nie jest łatwe, bo zbyt gorący zmienia konsystencję (we włoskich barach nie mają z tym problemu, bo wszechobecne ekspresy do kawy okazują się przydatne także w tym przypadku – część, która spieni nam mleko do porannego cappuccino z powodzeniem podgrzeje vov.
Do tego może być rum, może być mocna kawa, prawdziwa ubita śmietana lub nieco mniej autentyczna – z pewnością każdy eksperymentator stworzy własną wersję rozgrzewającego trunku, którą może zaserwować gościom zaproszonym, by pooglądać zdjęcia zrobione podczas ostatniego pobytu narciarskiego…
Włoskie vov to z kolei pomysł padewski: likier na bazie jajek i białego wina marsala. Otóż w XIX-wiecznej Padwie istniała znana cukiernia, której specjalnością było torrone, którego główny składnik to białka jajek (a to już temat na odrębną opowieść). W 1840 roku cukiernik – Gian Battista Pezziol chciał w jakiś sposób wykorzystać pozostające żółtka jajek. Dodając do nich cukier oraz alkohol (tutaj: sycylijskie wino marsala) przyrządził wedle własnego pomysłu likier, którego nazwa VOV wywodzi się od słowa vovi (w dialekcie), czyli uova (wł. jajka).
Temperatura trunku oraz jego moc sprawiają, że natychmiast po spożyciu po naszym ciele rozchodzi się fala ciepła. Zawsze się zastanawiam, czy po takim bombardino narciarze wracają na stok – może lepiej, żeby grzecznie wyciągiem zjechali na dół…
Na dodatek bombardino nie jest wcale jedynym alkoholowym wyzwaniem. W schroniskach i barach czekają także:
* la grolla (kawa + grappa, ale… grappa musi płonąć!)
* la cioccolata calda con rum (gorąca czekolada z rumem)
* il punch al mandarino (poncz mandarynkowy)
* il vin brulè alle spezie (grzane wino)
* il grog (nasza „herbatka z prądem”, czyli najczęściej z koniakiem).
Tekst i zdjęcia pochodzą ze strony www.moja-italia.pl
Opublikowane za zgodą autorki.



Bombardino a szczególnie w wersji calimero czyli z espresso było objawieniem na wyjeździe na narty! Pycha. Polecam.
Kupiłem gotowca do domu i wspomnienie wyjazdu wracało jeszcze dłuższy czas. Ale oczywiście to nie to samo co spożywane na leżaku przed schroniskiem po wyczerpującym dniu na stoku.
[...] pochodzenie zabaglione, najważniejsze jest to, że dało ono początek słynnemu i wybornemu bombardino, a dokładnie jego bazie, czyli likierowi na bazie jajek i wina marsala [...]
[...] to raczej kompleks hoteli i apartamentów. Oczywiście jest tu gdzie zjeść i wypić słynne bombardino czy nawet potańczyć, a brak blichtru rekompensują konkurencyjne [...]